| Do poczytania |
Tajemnice kawy
Tekst został nagrodzony w konkursie na tekst lub zdjęcie inspirowane tematem "Tajemnice kawy".
Miałem kiedyś małą kawiarenkę na rogu. Kawiarenki na rogu mają, moim zdaniem, więcej klientów niż pozostałe, wydaje się bowiem, jakby to były dwa lokale, każdy na innej ulicy, a podatki płacić trzeba tylko od jednego. Lubiłem rano wstawać, żeby wcześnie otworzyć. Przez pewien czas byłem jedynym w mieście, który tak robił, bo większość lokali była czynna do późnych godzin nocnych, w związku z czym nie było zwyczaju otwierania ich o wschodzie słońca, tak aby udający się do pracy mogli wypić szybkie poranne cappuccino albo latte. Ja zamykałem o rozsądnej godzinie, pozwalając innym kawiarniom na sąsiednich ulicach zarobić na swoje utrzymanie, choć nie powiedziałbym, że straty wyrównywały się dzięki porannemu monopolowi. Rankiem przychodziło niewielu klientów, zwykle byli to starzy bywalcy, którzy albo nie spieszyli się do pracy i uwielbiali wczesne wstawanie, albo byli to zupełnie przypadkowi przechodnie, którzy szczerze zdziwieni tym, że można wypić kawę o tak wczesnej porze w innym miejscu niż McDonald, pogodnie dzielili się tą informacją z baristą.
Z czasem uświadomiłem sobie, że w tej branży ważniejsza od jakości kawy jest pewność, jaką zyskuje klient, który wie, że kawiarnia, którą lubi, stoi tu od zawsze i zawsze będzie stała. Jakość jest na drugim miejscu, zwłaszcza o świcie, kiedy kubki smakowe budzą się jako ostatni narząd zmysłów. Będąc więc instytucją kładącą nacisk na porę śniadaniową, postawiliśmy na zapach wytwarzany w procesie osobnym od samego zaparzania kawy. Zapach, piękny, choć fałszywy, przyciągał niezdecydowanych, a ceny wypisane grubą zieloną kredą na czarnej tablicy stojącej na zewnątrz zachęcały studentów, dla których z czasem powstała specjalna oferta: pół litra czarnej americano na wynos. Mimo że nigdy nie ukończyłem żadnego kierunku studiów – i wcale nie dlatego, że takie były czasy – czułem się w tym momencie dumny z tego, że przyczyniam się prawie po kosztach do wykształcenia naszej młodzieży.
Ta sama młodzież zjawiała się także po zajęciach, aby parami usiąść w spokojnym miejscu, oraz w czasie zajęć, kiedy wyciągano wykładowcę na tradycyjną jedną kawę w semestrze. Niekiedy w takich sytuacjach zdarzało się, że studenci – nie do końca wybudzeni gorącym napojem albo wymęczeni długim dniem nauki – z trudnością znajdowali wspólne z profesorem tematy do rozmowy. W takich wypadkach, obserwując sytuację zza baru, wkraczałem osobiście, aby uratować speszonych studentów, zaczynałem od nowinek wyczytanych w zagranicznych czasopismach branżowych, przez ostatnio bronione doktoraty, aż po problemy z ministrem edukacji, który nie doceniał odpowiednio nauki uniwersyteckiej.
Stopniowo studenci zaczęli pokazywać mnie znajomym jako niedoszłego profesora belwederskiego albo inne dziwo, które posiadło wiedzę na każdy temat. Ale tajemnica mojej wiedzy wynikała z połączenia czystej bezczelności i ogromnej ilości czasu, który pozostawał do mojej dyspozycji w ciągu dnia i nocy, a którego nie potrafiłem przeznaczyć na inne bezużyteczne zajęcia, jakie były odpowiednie dla mężczyzn w moim wieku, robiłem więc to, czego nauczono mnie w dzieciństwie, kiedy zanudzałem dorosłych donośnymi skargami, obwieszczając im, że się nudzę – czytałem. Czytałem, a nieobciążony przymusem zapamiętania wszystkiego umysł robił to mimowolnie.
– Pijałem już lepszą kawę – zagadnął mnie staruszek, kiedy pewnego ranka przeglądałem rachunki przy barze. I nie było w jego głosie ani odrobiny pretensji, była duma i pewność siebie. Spojrzałem na niego, chcąc w jakiś sposób uprzejmie mu odpowiedzieć i jednocześnie zbyć go, bo z doświadczenia wiedziałem, że gdyby dać mu najmniejszą zachętę, opowiedziałby mnie i wszystkim wokół całą sagę o miejscach, gdzie można dostać lepszą kawę niż tutaj. Kiedy jednak podniosłem na niego oczy, nie zobaczyłem u niego tego szukającego wzroku, który błaga o odrobinę zainteresowania, ale lekko znużone, ironiczne spojrzenie młodzieńca w ciele dziewięćdziesięcioletniego starca.
– Gdzie to było?
– W górach Sarawat, kilka kilometrów na wschód od Dżuddy, w namiocie wicekróla Fajsala. Mój ojciec był jednym z niższych urzędników, którzy razem z hrabią Raczyńskim byli w trzydziestym roku na Półwyspie Arabskim. Miałem już wtedy czternaście lat. Pamiętam chłodny poranek w górach i widok na wschód, gdzie trzydzieści kilometrów przed nami leżała Mekka. Tam nie mogliśmy pojechać, ale zawsze mówiłem wnukom, że widziałem święte miasto i o mały włos nie zostałem muzułmaninem. Byłem na pustyni tylko jedną noc i jeden dzień, widziałem naszych gospodarzy modlących się z samego rana, a później wypiliśmy wspaniałą kawę na wcale niebogatej zastawie, ale w zwyczajnych filiżankach, dużo gorszych od tych, jakie stały na kredensie mojej matki aż do wojny. Wicekról twierdził później z poważną miną, że każdy, kto wypije kawę, spoglądając na Mekkę zostaje muzułmaninem, a ja prawie mu uwierzyłem. Nie da się tego zapomnieć. Zapach gorącej kawy, ogromne królewskie namioty i różowy piasek, którego odcień zmieniał się zależnie od pory dnia. Kiedy raz zobaczy się coś takiego i poczuje na sobie pustynne, południowe słońce, to wystarcza to na całe życie.
– Czy to był jedyny raz, kiedy zdarzyło się panu pić lepszą kawę? – zapytałem.
– Tak – odpowiedział, śmiejąc się.

