| Do poczytania |
CoffeeTree(p) - Kawowa wyprawa rowerowa - Część IV: Kostaryka
Od redakcji: Podczas wyprawy rowerowej Coffee Tree(p), której patronem medialnym była między innymi Filiżanka Smaków, wydarzyło się wiele. Wojciech Siudeja o wszystkich tych wydarzeniach opowiada barwnie i z polotem. Niestety, z przyczyn technicznych nie jesteśmy w stanie publikować jego tekstów w całości w Filiżance Smaków. Dlatego wybieramy z nich do druku najlepsze fragmenty, a teksty w całości prezentujemy Państwu na naszej stronie. Część czwarta poniżej.
Zapraszamy też do obejrzenia wspaniałych zdjęć Wojtka Siudeja w jego galerii internetowej.

Dzień przerwy w Granadzie. Nasz hostel był usytuowany przy mercado municipal – głównej drodze biegnącej przez całe miasto. To jednocześnie najgłośniejsza ulica w mieście. Niemal w całości wypełniają ją najrozmaitsze stragany. Każdy ze sprzedających, krzycząc, reklamuje swoje produkty lub usługi. Od nielegalnych kopii filmów i muzyki, ubrań ze Stanów Zjednoczonych, przez jedzenie, loterie, wymianę walut, aż do misternego składania zegarków (w całym tym zamieszaniu siedział człowiek który, wskazówka do wskazówki, zębatka po zębatce, skręcał ręczne zegarki). Główny rynek najstarszego miasta Nikaragui także tętni życiem, ale wystarczy przejść dwie, może trzy przecznice dalej, a wejdzie się w zupełnie inny świat. Czas się zatrzymuje, jest cicho i spokojnie. Od czasu do czasu ktoś przejedzie na rowerze lub koń leniwie sięgnie po kukurydzę z małej sterty, która leży pod jego głową. Zwiedziliśmy to piękne miasto, ale przede wszystkim rozwiązaliśmy problem dętek, choć i to nie było łatwe. W szerokiej ofercie miejscowych sklepów nie znaleźliśmy ani jednej dętki, która pasowałaby do naszych kół. Te, które były najbliższe naszym, miały zbyt duży wentyl. Tutaj z pomocą miał przyjść pilnik, ale go nie mieliśmy. W sklepie z narzędziami spędziliśmy pół godziny, próbując wytłumaczyć, czego potrzebujemy. Gdy to wszystko już się w końcu udało, odpoczęliśmy, po czym z zapasem dętek i zupełnie nowej energii ruszyliśmy w dalszą drogę.
Nikaragua miała nas pożegnać jeszcze jednym niezwykłym zjawiskiem. Ostatnią noc spędziliśmy w małym sennym mieście San Jorge nad jeziorem Nikaragua. I właśnie o to jezioro chodzi. To największy zbiornik wodny w rejonie. Prawdę mówiąc, na mapie wygląda to jak wielka dziura w Ameryce Środkowej. Na środku jeziora, które w zasadzie przypomina morze, wyrastają dwa duże wulkany, które razem tworzą wyspę o nazwie Ometepe. Tak jak jezioro jest potężne, tak samo to robi wielkie wrażenie. Na dodatek w jeziorze tym żyją rekiny, które rzeką przybyły tu z Morza Karaibskiego i przystosowały się do życia w słodkiej wodzie.
Tak żegnała nas piękna, radosna i dumna Nikaragua. Trzeba o tym wspomnieć, bo rzeczywiście nastroje i podejście ludzi wydawały się bardzo odmienne od tych, z jakimi spotykaliśmy się w Gwatemali. Nikaragua to naprawdę biedny kraj, ale mieszkańcy zdają się nie zwracać na to uwagi. Są dumni, kochają swój kraj (często nas wypytywali, czy nam się u nich podoba), wychwalają, wymieniają wszystkie cuda natury, a przede wszystkim powoli i konsekwentnie się rozwijają. Każdy, kto może, buduje sklepy lub hostele. Widać w tym wszystkim jakiś niesamowity optymizm.
Nasz nowy, nabyty w Granadzie optymizm szybko został wystawiony na ciężką próbę. Kolejne dwa dni po przerwie dostarczały po trzy wymiany dętek. Sytuacja stawała się naprawdę nużąca, ale i wielce zagadkowa. Nie bez problemów udało się nam przekroczyć kolejną granicę.
Ponownie administracyjna granica wyraźnie odcinała dwie różne rzeczywistości. Oto znaleźliśmy się w najbogatszym kraju Ameryki Środkowej. Trudno w zasadzie zestawiać ten kraj z pozostałymi, bo w kwestii bogactwa Kostarykę raczej oddziela przepaść, nie zaś granica. Ogólny dobrobyt szybko daje się zauważyć. To trochę tak, jakby na chwilę przenieść europejski kraj w tropikalny rejon świata. Tylko w Kostaryce po drogach jeżdżą wszystkie europejskie marki samochodów. Supermarkety są duże i oferują wszystko to, czego można oczekiwać, i można nawet kupić dobrą miejscową kawę. Prawie wszędzie można płacić kartą kredytową. Ludzie są bardzo otwarci i uśmiechnięci. Jedynym minusem było to, że jadąc na południe, wjeżdżaliśmy w coraz bardziej gorącą, duszną i wilgotną atmosferę.
Nasza trasa omijała największe pasma górskie, dlatego spokojnie pokonywaliśmy kolejne kilometry kostarykańskich dróg. Z wyliczeń wynikało, że mamy sporo czasu, tym bardziej więc nie musieliśmy się spieszyć – i to było dobre, bo mieliśmy cel do osiągnięcia. W Kostaryce mieliśmy wypełnić kawowy temat naszej wyprawy i dostać się na plantację. Nie bez powodu kraj ten jest nazywany Coffee Rica. To właśnie Kostaryka (Costa Rica) jest największym eksporterem kawy – tutaj państwo najbardziej dba o kawowe interesy, tutaj produkuje się kawę najwyższej jakości i tutaj jest najwięcej plantacji. Prawdopodobieństwo trafienia na jedną z nich było więc duże, ale żeby w ogóle o tym myśleć, musieliśmy dostać się do „kawowego rejonu”, musieliśmy wjechać w wysokie góry. Plantacje kawy zakłada się na górskich terenach, w okolicach wulkanów, które od wieków regularnie przyczyniają się do powstawania bogatych gleb. Pojechaliśmy trasą, która dwoma bardzo szerokimi łukami doprowadziła nas do malowniczego jeziora Arenal, położonego na wysokości 1000 metrów nad poziomem morza. Wspaniałe wąskie i długie jezioro z małymi wysepkami, otoczone sporymi górami, i ciekawa, kręta, biegnąca przez bujną, intensywną i gęstą roślinność droga dookoła niego. Jednogłośnie jezioro i drogę uznaliśmy za jedną z najbardziej malowniczych na naszej trasie. Chmury wisiały tak nisko nad jeziorem, że momentami przejeżdżaliśmy przez nie. Opodal jeziora dumnie wyrasta potężny wulkan Arenal. To aktywny wulkan, do tego stopnia aktywny, że zakazane jest wchodzenie na niego. Podobno mieszkańcy i turyści z okolicznych miasteczek bywają świadkami nocnych spektakli z wybuchającymi pióropuszami gorącej, czerwonej lawy. Po raz kolejny reguła turystyki kolarskiej się wypełniała. Za wszystkie wyjątkowe obrazy płaciliśmy sporym wysiłkiem. Etap z La Fortuna De San Carlos do San Ramon pozostanie pod tym względem niezapomniany. Wiedzieliśmy, że będzie trudny, ale droga okazała się dłuższa, bardziej górzysta, a góry wyższe. Do tego padał deszcz i było jak zwykle gorąco. Ale wysiłek się opłacił. W nagrodę w San Ramon skorzystaliśmy z bardzo przyjemnego hotelu, a plantacja kawy, którą można było zwiedzać, była rzut kamieniem od nas. Następnego dnia rzuciliśmy więc ten kamień i stanęliśmy u bram plantacji Espiritu Santo w miejscowości Naranho.
Podobnie jak za wszystkie atrakcje w Ameryce Środkowej, także za zwiedzanie plantacji trzeba zapłacić. Nie była to jednak wielka kwota, poza tym był to priorytet naszej podróży i zdecydowanie było warto. Zaopiekował się nami młody przewodnik. Chłopak mniej więcej w naszym wieku. Niezwykle otwarta osoba. Zaskakiwał, a może nawet zawstydzał nas swoją znajomością historii Europy. Odpowiadał na wszystkie pytania i sam dużo pytał. Rozmowa tym bardziej była przyjemna, bo każdy od każdego czegoś mógł się dowiedzieć. A on, oprowadzając nas po plantacji, opowiadał nam o całym procesie produkcji kawy. Zaczęliśmy od ziaren kawy, z których wyrastają małe sadzonki (zwane żołnierzami). Te w ciągu trzech miesięcy stają się wystarczająco duże, żeby sadzić je w ziemi. Potrzeba trzech lat, żeby krzew stał się dostatecznie duży, żeby dawać owoce. Kawowce dorastają do kilku metrów wysokości, dlatego rośliny są regularnie przycinane do około 1,80 metra, tak aby umożliwić łatwy zbiór i żeby roślina rodziła więcej owoców. Plantacja, którą odwiedzaliśmy, istnieje od ponad wieku, od czterdziestu lat jest częścią większej sieci plantacji. To normalny proces, zdecydowana większość plantacji to niezbyt duże rodzinne interesy, które łączą się w większe korporacje. Plantacja w Naranho obejmuje obszar około 240 hektarów. Trzeba zaznaczyć, że rząd Kostaryki przywiązują wielką wagę do kawowej gałęzi gospodarki. Liczne regulacje prawne dotyczące produkcji kawy mają zapewnić jej najwyższą jakość. I tak, sadzić można tylko odmianę arabica, robusta jest zakazana. Kawa musi być zbierana ręcznie, nie zaś kombajnami, jak to się robi na przykład w Brazylii. Zbieracze kawy mają zapewnioną sprawiedliwą wypłatę. W ukłonie dla ekologii glebę nawozi się resztkami miąższu owoców kawy, nie zaś nawozami sztucznymi. Chodziliśmy po kawowych zboczach zacienianych drzewami eukaliptusa (kawa nie może rosnąć na pełnym słońcu). Potem przeszliśmy do budynków plantacji. Tam, gdzie trafiają owoce kawy zaraz po zbiorach. Każda kahuela (jedna standardowa miarka kawy – około 20 litrów) jest odmierzana i zaznaczana dla każdego zbieracza. Potem kawa jest płukana, sortowana, ściąga się miąższ z jagód, żeby wydobyć same ziarna. Kawę suszy się na tarasach na słońcu, co trwa około siedmiu dni, lub w mechanicznych suszarkach, w których proces ten zajmuje 40 godzin. Następnie kawa leżakuje przez blisko osiem miesięcy. Dopiero potem kawę poddaje się procesowi palenia, który jest bezustannie kontrolowany przez testerów. My próbowaliśmy średnio palonej mieszanki. Mieliśmy też okazję spróbować tradycyjnego kostarykańskiego sposobu parzenia kawy. Na drewnianym stojaczku jest przymocowany kawałek materiału. Do środka wsypuje się kilka łyżeczek świeżo zmielonej kawy. Podkłada się kubek, a kawę tylko raz przelewa się wrzątkiem. Tak zaparzona kawa nie jest mocna, ale jest bardzo aromatyczna. W dalszych rozmowach przy kawie potwierdziły się nasze przypuszczenia dotyczące kawy na lokalnym rynku. Najczęściej kawa najwyższej jakości jest w całości eksportowana. Na lokalny rynek producenci wysyłają gorszej jakości kawę lub dosłownie odpady, zmieszane z kukurydzą i cukrem (dzieje się tak głównie poza Kostaryką). Przy okazji zwiedzania plantacji i poznawania procesu powstawania kawy nasz przewodnik opowiadał nam o historii samej Kostaryki. Tak spędziliśmy kilka fascynujących godzin w miejscu przepełnionym aromatem kawy.
Następnego dnia ruszyliśmy z San Ramon w dalszą drogę. Dzień później po raz pierwszy dotarliśmy na rowerach nad Ocean Spokojny. Byliśmy na plaży, na której kilka tygodni wcześniej rozgrywały się mistrzostwa świata w surfingu. Plaże oceaniczne w Kostaryce są idealnym miejscem dla surferów. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, przejeżdżaliśmy przez niekończące się plantacje palmy oliwnej. Droga przez nie była prosta i nudna i ciągnęła się przez kilkadziesiąt kilometrów.
Kostaryka miała nas zaskoczyć jeszcze jednym przyjemnym akcentem. W małej wiosce trafiliśmy na hotel, na którego szyldzie widniał napis: „Mówimy po polsku”. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji. Właścicielką hotelu jest Polka, Sabina, szalenie miła kobieta. Po raz pierwszy od wielu tygodni mogliśmy porozmawiać z kimś po polsku. Długi wieczór spędziliśmy przed domem Sabiny, patrząc na zachód słońca i burze nad Oceanem. Ona oprowadziła nas po swoim ogrodzie, opowiadając o każdej egzotycznej roślinie. Ostatnie dni minęły na łatwej i przyjemnej drodze z wybrzeża do granicy z ostatnim państwem na naszej trasie – Panamą.
Zdjęcie (c) Wojciech Siudeja

