Polski (Poland)English (United Kingdom)
Do poczytania

CoffeeTree(p) - Kawowa wyprawa rowerowa - Część III: Honduras i Nikaragua

There are no translations available.

Od redakcji: Podczas wyprawy rowerowej Coffee Tree(p), której patronem medialnym była między innymi Filiżanka Smaków, wydarzyło się wiele. Wojciech Siudeja o wszystkich tych wydarzeniach opowiada barwnie i z polotem. Niestety, z przyczyn technicznych nie jesteśmy w stanie publikować jego tekstów w całości w Filiżance Smaków. Dlatego wybieramy z nich do druku najlepsze fragmenty, a teksty w całości prezentujemy Państwu na naszej stronie. Część trzecia poniżej.

Zapraszamy też do obejrzenia wspaniałych zdjęć Wojtka Siudeja w jego galerii internetowej.

 

panorama3

 

 

Dnia 25 sierpnia o godzinie 7.00 rano przekroczyliśmy granicę Hondurasu. Rzeka oddziela dwa kraje i dwie zupełnie różne rzeczywistości. Na początek przygraniczne rytuały. Niewielka opłata za przejazd granicy, krótka kontrola paszportów zakończona stemplowaniem i zorganizowanie niewielkiego zapasu gotówki. W Salwadorze używa się amerykańskich dolarów, te więc, które nam pozostały, wymieniliśmy w Hondurasie na lempiry. Jeszcze tylko jajecznica z tortillą oraz awokado popite słodką kawą na śniadanie i atakujemy czwarty kraj.

 

Był to krótki pobyt, a powody tego były dwa. Po pierwsze, trasa panamerykańska przebiega przez południową część Hondurasu, gdzie wybrzeże Pacyfiku jest bardzo krótkie, droga nie mogła więc być długa. Mogliśmy wybrać inną, nieco dłuższą, która prowadziła przez Tegucigalpę, ale my mieliśmy już serdecznie dość przedzierania się przez szaleństwa stolic. Po drugie, był to wyjątkowo niespokojny czas. Już wyjeżdżając z Polski wiedzieliśmy, że w stolicy trwają zamieszki. Nic się nie zmieniło, dlatego zdecydowaliśmy, że będzie bezpieczniej, jeśli ominiemy to miasto. Wynikiem tego było 145 kilometrów w czasie zaledwie dwóch dni spędzonych w Hondurasie. To jednak wystarczyło, żeby odkryć charakter tego miejsca.

 

Droga nie była trudna ani specjalnie zróżnicowana. Kilometry mijały, a my obserwowaliśmy wszystko to, co się nie działo dookoła nas – wyglądało tak, jakby czas się zatrzymał. Z wszystkich odwiedzonych przez nas państw Honduras jest zdecydowanie najbiedniejszy. Co prawda, przemierzyliśmy część wybitnie nieturystyczną. Z pewnością inaczej wygląda stolica, choć raczej podobnie do innych stolic. Zapewne też wybrzeże Morza Karaibskiego jest bardziej zaludnione. Trudno jednak było sobie wyobrazić miejsca skrajnie inne od tych, przez które przejeżdżaliśmy. Miejsca, w których nie panowało przedziwne spustoszenie. Po prostu wszystko wyglądało jak niedokończone lub opuszczone. Ludzi wszędzie mało i nawet autostrada panamerykańska była mniej zatłoczona. Ktoś założył wioskę, ale powstało łącznie tylko trzy i pół domu. Ktoś zaczął stawiać dom, ale dachu już nie zrobił. Płot na zawsze pozostał tylko niską podmurówką. Tylko w większych miastach nieśmiało powracało życie. Co ciekawe, nawet natura wydawała się podporządkowywać tej wszechogarniającej połowiczności. Stworzyła wielkie koryta rzek, nad którymi przerzucono długie betonowe mosty, ale zapomniała wypuścić wodę. W rezultacie leniwie sączy niewielkie strumyczki i układa rozległe kałuże. Kiedyś zaczęła wypiętrzać góry, ale szybko jej się to znudziło. W jednym miejscu pozostawiła wielką równinę, którą od niechcenia porosły drzewa i krzewy. Deszcz pada, gdy nie zapomni zrobić chmur na niebie, a słońce świeci, bo nigdy nie gaśnie, a noc zapada tylko dlatego, że pod Hondurasem kręci się ziemia.

 

Oczywiście istnieją interesujące miejsca, ale my akurat byliśmy od nich daleko. Ludzie, mimo wszystko, byli zawsze uśmiechnięci. Jedzenie było dobre, choć nie różniło się od tego, co jedliśmy cały czas. I tak jak wszędzie – dostęp do coca-coli i pepsi jest nieograniczony. Czymś zupełnie wyjątkowym były kontrole. Jakby na potwierdzenie niestabilnej sytuacji w kraju. Mniej więcej co 30 kilometrów policja zatrzymywała wszystkie pojazdy. W naszym wypadku policjanci za każdym razem zaczynali od poważnego sprawdzania paszportów, po czym, powoli przechodząc do uśmiechu, wypytywali skąd i dokąd jedziemy. Tak minął krótki czas w Hondurasie, a my staliśmy przed kolejną granicą w drodze na południowy wschód Ameryki Środkowej.

 

Przed wjazdem do Nikaragui okrążyła nas grupa mężczyzn z plikami banknotów i kalkulatorami w rękach. Każdy z nich znał angielski, każdy podawał swoje stawki i na przemian wymieniali waluty używane od Meksyku aż po Kolumbię. Kupiliśmy nikaraguańskie cordoby na pierwsze dni drogi. Za przekroczeni granicy zapłaciliśmy 8 dolarów amerykańskich. Zdołaliśmy nadrobić sporo czasu, nie było więc już powodu, żeby się spieszyć. Gdy tylko pojawiała się okazja na tani dobry nocleg, kończyliśmy dzień przed osiągnięciem tzw. dniówki, czyli ustalonych 70 kilometrów na dzień. Taki właśnie tani nocleg znaleźliśmy niedaleko od granicy. Zawsze była to dobra okazja, by trochę odpocząć, poleżeć w hamaku, poczytać, zanotować kilka rzeczy w dzienniku i spokojnie zrobić zdjęcia. Odpoczynek był potrzebny, bo choć nie byliśmy już w gwatemalskich górach, to coraz większy upał i męcząca wilgotność towarzyszyły nam niezmiennie.

 

Już drugi dzień przyniósł nam zupełnie nieoczekiwane przygody. Kilometry szybko mijały na trasie łagodnie okrążającej najwyższy szczyt Nikaragui – wulkan Viejo (1780 metrów nad poziomem morza). W barze w miejscowości Chinandega zatrzymał nas ulewny deszcz. Dwaj mężczyźni niemal od razu przysiedli się do naszego stolika. Felipe, bo tak miał na imię główny bohater całego zdarzenia, postawił każdemu po piwie. Jak zwykle opowiadaliśmy o tym, skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Któraś już kolejka piwa zaakcentowała przybycie do baru brata Felipe. Nadal nie mieliśmy noclegu na ten dzień. Felipe oznajmił, że ma tu samochód i weźmie nas do swojego domu, do miejscowości Corinto, która leży nad Pacyfikiem. Tymczasem na stole pojawiły się kolejne piwa. Chcąc się odwdzięczyć, wyciągnęliśmy nasze podarunkowe małe buteleczki polskiej wódki. Chwilę później staliśmy z rowerami i bratem Felipe na pace samochodu. „Żołądkowa Gorzka” w dwóch smakach oraz „Żubrówka” powędrowały od kierowcy przez wszystkich pasażerów. Zarządzono krótką przerwę w miejscu dla nas zupełnie nowym. Oto, po raz pierwszy w życiu, stanęliśmy w obliczu Oceanu Spokojnego. Jeszcze na plaży gospodarz zafundował nam niezapomniane seviche. To potrawa z owoców morza marynowanych w soku z cytryny i limonki, ostro przyprawiona, podawana w kieliszku koktajlowym. Po dotarciu do domu Felipe przedstawił nam swoich braci, siostry, kuzynów, siostrzeńców, bratanice, wujków i ciocie oraz kilku znajomych rodziny. Gospodyni – mama Felipe – przygotowała dla wszystkich tortillę i świeże smażone ryby polane sokiem limonki. Spróbowaliśmy też gotowanych owoców palmy pajibazi z dodatkiem sera, charakterystycznego dla całej Ameryki Łacińskiej. Ten biały, bardzo łagodny ser, zwany queso panela, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „ser z koszyka”, wytwarza się z pasteryzowanego krowiego mleka. Gościnność naszego gospodarza nie miała końca. Wieczorny spacer po portowej miejscowości zakończyło kilka butelek nikaraguańskiego specjału – wysokiej jakości ośmioletniego rumu „Flor de Cańja”. Do tego smażone plastry bananów, limonki i smażone kurczaki.

Nigdy wcześniej i nigdy potem nie spotkaliśmy się z taką gościnnością. Niestety, nie sposób było się z niej wyrwać. Następnego dnia miała się odbyć duża impreza, na którą oczywiście byliśmy zaproszeni. Woziliśmy stoły i krzesła, łowiliśmy kraby w piasku i czekaliśmy w porcie na kutry rybackie. Pijani i niezbyt zadowoleni gospodarze ostatecznie odwieźli nas do Chinandegi i tak rozstaliśmy się z niesamowitym przyjęciem, jakie zgotował nam Felipe, jego rodzina i znajomi. Zdołaliśmy przejechać jeszcze tylko 40 kilometrów. Ja wjechałem, a Bartek wprowadził rower z przebitą dętką do centrum starego, uniwersyteckiego miasta León.

 

Następne odcinki mijały pod znakiem wymiany dętek, bo trzeba zaznaczyć, że już wtedy działo się to po trzy, a nawet cztery razy dziennie i za każdym razem dotyczyło Bartka. Tak pokonując stolicę – Managuę – i kolejne kilometry znaleźliśmy się w przedziwnej wiosce nad jeziorem Managua. Przyjechaliśmy tam, prowadzeni przez Nikaraguańczyka, który wyglądał jak samuraj i mówił po francusku. Noc spędziliśmy pod małym stalowym dachem, który pełnił funkcję kościoła. Pozostałych kilka domków, rozproszonych na wielkim pustym polu, było zbudowanych z garści patyków i czarnej folii. Przed każdą chatką siedział lokator trzymający latarkę – jedyne źródło światła, na przemian zapalając ją i gasząc.

 

Koniec kolejnego etapu przypadł na miasto Masaya. Bartek, kultywując fatalną tradycję, prowadził rower do hostelu. Nasze rowerowe podróżowanie stawało pod znakiem zapytania. Wszystkie dętki miały po kilka łatek w jednym miejscu. Łatki, które wzięliśmy ze sobą, dawno się skończyły, a te kupione gdzieś po drodze puszczały. Na domiar złego nigdzie nie mogliśmy znaleźć nowych dętek. Udało się dotrzeć do Parku Narodowego Masaya. Tam odbyliśmy pieszą wędrówkę na krater fascynującego, aktywnego wulkanu Masaya. Staliśmy u wrót piekieł. Z potężnego krateru bezustannie wydobywa się drażniący, siarczysty, kłębiący się słup jasnego dymu. Na parkingu, bo można tam swobodnie przyjechać samochodem, umieszczono informacje, żeby parkować tylko przodem w kierunku wyjazdu. Tablica przypomina, że jest to aktywny wulkan i zawsze może się przydarzyć coś nieoczekiwanego. Zwraca uwagę na szkodliwość długotrwałego przebywania w siarczystej atmosferze. Wreszcie zaleca, w wypadku erupcji wulkanu i ewentualnego wyrzucania materiałów piroplastycznych, schowanie się pod samochodem. Potężny, codzienny spektakl natury, który dosłownie zapiera dech w piersiach.

 

Wjechaliśmy w końcu do Granady. Żeby jednak tradycji stało się zadość, Bartek wkroczył z rowerem do centrum najstarszego portowego miasta w Nikaragui. Dętkowe fatum wzięło górę nad nami. Nie sposób było jechać dalej. Jednogłośną decyzją jeden dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek, łatanie problemu dętek i zwiedzanie Granady. Od początku wyprawy to był pierwszy dzień przerwy.

 

Zdjęcie (c) Wojciech Siudeja.