| Do poczytania |
CoffeeTree(p) - Kawowa wyprawa rowerowa - Część II: Belize i Salwador
Od redakcji: Podczas wyprawy rowerowej Coffee Tree(p), której patronem medialnym była między innymi Filiżanka Smaków, wydarzyło się wiele. Wojciech Siudeja o wszystkich tych wydarzeniach opowiada barwnie i z polotem. Niestety, z przyczyn technicznych nie jesteśmy w stanie publikować jego tekstów w całości w Filiżance Smaków. Dlatego wybieramy z nich do druku najlepsze fragmenty, a teksty w całości prezentujemy Państwu na naszej stronie. Część druga poniżej.
Zapraszamy też do obejrzenia wspaniałych zdjęć Wojtka Siudeja w jego galerii internetowej.

14 sierpnia, piętnasty dzień naszej wyprawy. Po 840 kilometrach gwatemalskich dróg wjeżdżamy do drugiego państwa – przekraczamy granicę z Belize. Do żadnego z siedmiu krajów nie potrzebujemy wizy, pokonywanie granic więc to w zasadzie formalność. Trzeba tylko uiścić opłatę wyjazdową, która w wypadku Gwatemali wynosiła 3 dolary amerykańskie od osoby. Potem już tylko wymiana reszty gwatemalskich quetzali na belizeńskie dolary i w drogę!
Belize to kraj wielkości województwa zachodniopomorskiego, ale w samym Szczecinie mieszka 100 tysięcy więcej osób niż w całym Belize. Głową państwa jest królowa Elżbieta II. Przez długi czas prawa do terytorium tego kraju rościła sobie Gwatemala, ale w latach osiemdziesiątych XX wieku Belizeńczykom udało się uzyskać niepodległość. Sprawa jest chyba dość żywa, bo w Gwatemali widywaliśmy mapy, na których w ogóle nie było zaznaczonej granicy z Belize. Pomijając to, co myśli o tym Gwatemala, dobrze się stało, że Belize jest odrębnym państwem. Różnice, choć niezbyt wyraźne, można było szybko zauważyć. Ludzie bardziej otwarci, uśmiechnięci – ogólnie: lepiej. Jak widać, nawet przy tak luźnym podejściu do życia, jakie reprezentują mieszkańcy tego kraju, można zrobić trochę porządku i żyć w większym ładzie niż w Gwatemali. Wystarczy posprzątać śmieci sprzed domu. Wszyscy palą trawę w ogródkach, a i tak bardziej trzeźwo patrzą na życie. Oprócz tego Belize to jedyny w tym rejonie kraj angielskojęzyczny. Z naszą znajomością hiszpańskiego było to dość istotne udogodnienie.
Pierwszy dzień zakończyliśmy w mieście San Ignacio, na polu namiotowym, którym opiekował się pewien Szwajcar. Bardzo miły człowiek, który wędrował przez życie i w końcu został w Belize. Teraz zajmuje się tym, czym zajmuje się całe Belize – leży na hamaku. Miał jeszcze co najmniej dwa inne hamaki, i my więc przyjęliśmy odpowiednią perspektywę odbioru kraju. Dostaliśmy wyśmienite pomarańcze, które – jak sama nazwa wskazuje – są zielone. A na kolacje był ananas. Trzeba tylko zaznaczyć, że ananas w wydaniu europejskim ma w sobie 37% ananasa, a w Ameryce Środkowej – przynajmniej 103% ananasa w ananasie i jest zdecydowanie większy. Trudno opisać, jak intensywny może być smak, zapach i jednocześnie soczystość czegoś takiego, a dotyczyło to wszystkich jedzonych tam owoców.
Drugiego dnia skierowaliśmy nasze rowery w stronę stolicy kraju – Belmopan. Droga ani skomplikowana, ani trudna, szybko więc dotarliśmy na miejsce. Nim się zorientowaliśmy, byliśmy już w samym centrum. Nie jest to oczywiste, bo można łatwo je przeoczyć. W stolicy mieszka 15 tysięcy osób, centrum zaś to... niezbyt duży bazar. Jest też dworzec autobusowy i kilka knajp. Podobno „gdzieś” znajduje się także kilka ambasad i siedziba rządu. Są ludzie, rowery (wszystkie identyczne) i samochody. Turyści pojawiają się tylko w momencie przesiadania się do kolejnego autobusu. Po prostu stolica była w Belize City, nad brzegiem Morza Karaibskiego. W 1961 roku huragan Hattie narobił tyle zamieszania, że zdecydowano się przenieść stolicę w głąb kraju, do Belmopan. Tak się stało, ale życie kraju pozostało w Belize City. Tam jest morze, tam jest rafa koralowa, tam są turyści, tam są więc pieniądze. I jest wszystko. A my, po niezbyt długiej wizycie w nowej stolicy i omijając starą, pojechaliśmy dalej na południe kraju.
Tego dnia trafiliśmy jeszcze do Parku Narodowego Blue Hole, gdzie można zwiedzić jaskinie. Warunkiem było posiadanie oświetlenia, wyposażeni więc w niewielkie latarki czołowe (pracownik w kasie twierdził, że to wystarczy) ruszyliśmy w dół. Trasę wyznaczały słupki z odblaskowymi znaczkami i w zasadzie była to jedyna rzecz, jaką widzieliśmy. Czarna otchłań, w którą weszliśmy, daleko przekroczyła możliwości naszych latarek i w rezultacie widzieliśmy tylko to, co na ułamek sekundy oświetlał flesz mojego aparatu. A ja kierowałem obiektyw w dowolną stronę i patrzyłem, co się pokazuje na ekranie. Doszliśmy do tabliczki, która nakazała nam wrócić, wyszliśmy więc z głowami przepełnionymi jaskiniowymi obrazami.
To zawsze niesamowity i na długo zapamiętany moment, gdy dociera się do miejsca, które do tej pory było tylko nazwą i zdjęciem w książce – czymś, co wiemy, że istnieje, ale nigdy tego nie widzieliśmy na własne oczy. Taki właśnie moment nastąpił po dotarciu do miejscowości Hopkins. Nie chodzi o samą miejscowość, lecz o lokalizację. Można powiedzieć: „morze jak każde inne”, a jednak trudno się oprzeć wyjątkowości takiego miejsca. W takich okolicznościach przyrody, nad brzegiem Morza Karaibskiego, pod palmowym dachem, znaleźliśmy miejsce na nocleg. Powalająco silny wiatr znad morza wysuszył nasz wiecznie mokry namiot i wilgotne śpiwory. A gdy ucichł, na wieczornym niebie pojawiły się potężne chmury, morze zaś, zdawało się, zatrzymało się w miejscu.
Belizeńskie drogi nie były zbyt urozmaicone. Płaskie, często długie i proste odcinki rozchodziły się od pojedynczych skrzyżowań. Taki był i ten dzień. Ponad 90 kilometrów nieznacznie zmieniającego się krajobrazu. Podczas trasy, jaka by ona nie była, zawsze pozostaje jedna niewiadoma – znalezienie miejsca na nocleg. Historia tego noclegu wiąże się z człowiekiem, którego zwano Mr Joseph, a wydarzyła się w wiosce Medina Bank. Mr Joseph był założycielem i przywódcą tej małej indiańskiej wioski. Był też niespotykanie miłym, uprzejmym i uczynnym człowiekiem. Swoje dzieci uczył języka hiszpańskiego, angielskiego i dwóch tradycyjnych języków Majów. My, zmęczeni i głodni, skierowani do Mr Josepha, dostaliśmy miejsce pod nowym palmowym dachem, dwa hamaki i tortillę. Konserwy rybne, które były naszym podstawowym wyżywieniem, kupiliśmy w sklepie Mr Josepha. On długo opowiadał nam o sobie, rodzinie, wiosce i nowych planach, które zaczyna realizować. Ja odzyskiwałem wiarę w lokalną gościnność. Poranek następnego dnia przyniósł kolejne niespodzianki. Do wcześniej umówionej tortilli dostaliśmy jajecznicę z pomidorem. I wtedy Mr Joseph położył na stole kartkę z wydrukowanym cennikiem. Szybko podsumował nocleg, hamaki, tortillę, jajecznicę i wodę. W menu miał także wycieczki po dżungli i tropienie dzikich zwierząt. Nie dość, że wcześniej nie było mowy o płaceniu, to jeszcze cena była nieproporcjonalnie duża do warunków palmowego apartamentu. Dałem sobie spokój z myśleniem o gościnności. Mocno zdegustowani całą sytuacją zapłaciliśmy naszemu gospodarzowi i ruszyliśmy dalej. Ale miała to być dopiero połowa historii Mr Josepha. Drugą część poznaliśmy jakieś 30 kilometrów dalej, w kolejnej miejscowości, w czasie standardowej przerwy na coca-colę. Sklep prowadził, także typowy, Belizeńczyk – uśmiechnięty i nad wyraz spokojny Murzyn. Zaczął nas wypytywać, skąd jesteśmy i co robimy, czyli standardowa rozmowa. Ale wieść o tym, że spaliśmy poprzedniej nocy w Medina Bank, wyraźnie go zainteresowała. Zapytał nas: „I co, tak wszystko bez problemu?”. Odpowiedzieliśmy, że tak, choć trochę nas oszukano. Po krótkim opisie sprzedawca miał już pewność, u kogo spaliśmy. Po prostu Mr Joseph spędził ostatnich pięć lat w więzieniu. Nie dziwi więc, że miał nowe plany na życie. W skrócie było to tak... Pewnego dnia do wioski Medina Bank zawitał zmęczony i głodny turysta z Hondurasu. Szukał schronienia, wszedł więc do domu Mr Josepha. Gospodarz chwycił za broń i człowieka zastrzelił. Dzięki temu jego pozycja i autorytet w wiosce były ugruntowane. A teraz, po powrocie z więzienia, stoi na straży pokoju i planuje nowe interesy. Uznaliśmy, że dobrze, że nie targowaliśmy się zbytnio i zapłaciliśmy całą wyliczoną przez Mr Josepha kwotę za bezpieczny nocleg i wyżywienie.
Spokojnie, choć nie bez przygód, przejechaliśmy 300 kilometrów przez nieco senne Belize. Dotarliśmy do portowej miejscowości Punta Gorda, gdzie kończyła się droga. Z mapy i przewodnika wynikało, że prom regularnie kursuje między Punta Gorda a Puerto Barrios w Gwatemali. Następnego dnia rano pojechaliśmy do portu, który okazał się najwyżej przystanią. Prom zaś był trochę większą łódką. Mimo to bez problemu nasze rowery i bagaże szybko zostały wrzucone na dziób i popłynęliśmy przez Morze Karaibskie. Byliśmy znowu w Gwatemali i postanowiliśmy nieco przyspieszyć i dostać się do granicy z Salwadorem autobusem. Powody były dwa. Po pierwsze, cały początek trasy zajął nam nadspodziewanie dużo czasu, a do Panamy trzeba było zdążyć na czas. Po drugie, w Gwatemali spędziliśmy już dużo czasu, przed nami zaś było jeszcze pięć innych państw. Decyzja okazała się trafna, bo dzięki niej mieliśmy możliwość zakosztowania publicznego transportu Gwatemali. Do tej pory znaliśmy to tylko z perspektywy naszych rowerów. Teraz mogliśmy zobaczyć, jak to wygląda od wewnątrz. Na początek autobus do miejscowości Chicuimula. W teorii miał sześć kół, w praktyce pięć, w tym jedno nieco krzywe. Kierowca, także tylko teoretycznie, prowadził autobus, bo nie ściągał nogi z gazu i wyprzedzał wszystko, co znalazło się na jego drodze. Przy czym droga składała się głównie z zakrętów, zjazdów, podjazdów i mostów, i nie była to droga czteropasmowa, co oczywiście nie robiło żadnego wrażenia na kierowcy. Na zakrętach trzeba było trzymać otwierające się okno albo blokować je przed zamknięciem za pomocą plastikowej butelki lub kawałka drewna. Przez pierwszą część trasy jechał w autobusie pan z błyszczącą fryzurą, który opowiadał o wspaniałym preparacie, który leczy całe ciało z wszelkich dolegliwości. Po jego wykładzie i prezentacji cudowny produkt kupili wszyscy poza nami. Z autobusu wyszliśmy cali i zdrowi, spoceni i naładowani adrenaliną. Czekała nas jeszcze przejażdżka busem, a raczej tzw. chicken-bus. Rowery wylądowały na dachu, my zaś rozsiedliśmy się w prawie pustym, dziewięcioosobowym pojeździe. Nazwa tego środka transportu nie bierze się znikąd. W miarę upływu czasu i z kolejnymi przystankami ludzi przybywało. Panowie w kapeluszach z kaburami przy pasie, uczennice w mundurkach, młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety z dziećmi. Cały przekrój gwatemalskiego społeczeństwa w jednym pojeździe. W szczytowym momencie doliczyliśmy się czterdziestu osób. Naprawdę zmęczeni wygodami takiego podróżowania spędziliśmy noc w przygranicznym hotelu dla kierowców tirów.
W ten sposób ruszyliśmy na rowerach przez trzeci kraj – Salwador. Ponownie granica okazała się nie tylko podziałem politycznym. Oddziela zdecydowane różnice kulturowe i gospodarcze. Salwadorczycy zapracowali sobie na pozycję drugiego pod względem bogactwa kraju środkowoamerykańskiego. Nawiasem mówiąc, byli na tyle pracowici, że wycięli prawie 90% powierzchni lasów. Salwador, zdecydowanie bardziej zaludniony, wygląda teraz trochę jak niekończący się teren zabudowany, trochę jak wielka fabryka. A ludzie chyba jeszcze bardziej otwarci. Choć angielski nie jest językiem urzędowym, to jednak pojawiał się dość często. W drodze, zamiast częstych gwatemalskich okrzyków „gringo!” otrzymywaliśmy przyjazne pozdrowienia i życzenia pomyślnej drogi. Na początek trochę przyjemnych górek i niewielkie kolonialne miasteczka. Wszystko to było bardzo podobne do Gwatemali, ale mniej szalone, mniej brudne, mniej zatłoczone i głośne. Spokojnie więc podążaliśmy do stolicy, gdy nagle plan się zmienił.
Jeden z najbardziej płaskich etapów. Mieliśmy dużo czasu, zrobiliśmy więc sobie przerwę na kawę na stacji benzynowej. Kawa na stacjach jest wyjątkowo dobra. Po prostu Nescafe, ale nieporównywalna z tym, co piliśmy do tej pory w rozmaitych przydrożnych barach. Gdy rozmawiałem ze sprzedawcą, który wybierał się do Włoch na wakacje i chciał wiedzieć, czy porozumie się tam w języku angielskim, Bartek wyczytał w przewodniku, że jest asfaltowa droga na szczyt wulkanu San Salwador. Jak sam potem mówił, informacja bardzo mu się spodobała, mnie zaś na tę wieść zaświeciły się oczy. Decyzja nie mogła być inna. Tego dnia z wysokości około 300 metrów nad poziomem morza wdrapaliśmy się na ponad 1800 metrów nad poziomem morza. To był jeden z najcięższych podjazdów całej wyprawy. Na szczęście zasada zależności zmęczenia do efektowności widoku jest niezmienna. Panorama, która nam się ukazała, była bardziej niż satysfakcjonująca. Z kolei parking, na którym się zatrzymaliśmy, wydawał się obiecującym miejscem na nocleg. Pomyślałem o nocnym widoku z tego miejsca i znów decyzja była oczywista. Przy parkingu był mały bar i kilka innych chatek. Dostaliśmy nawet hamaki, zasypialiśmy więc wpatrzeni w zupełnie nieprawdopodobne zjawisko. Rozświetlony San Salwador wyglądał jak gorąca, tląca i żarząca się lawa rozlana w dolinie. Paradoksalnie! Przecież stolica Salwadoru także została zniszczona przez wulkan. Tak zaczęła się długa noc spędzona na wulkanie. Potem mistyczna mgła zamieniła się w burzowe chmury, z których zaczął padać deszcz. Właściciel baru zaprosił nas do wnętrza metalowego baraku, co nie znaczy, że udało się zasnąć. Przyjechali znajomi naszego gospodarza, impreza była zatem długa i głośna, ale to nie wszystko. Obok mojego łóżka stało krzesło, a pod krzesłem był kogut. Nie był to byle jaki kogut i bynajmniej nie miał zamiaru spać. Ze swojej dumnej piersi wydawał dźwięki tak donośne, że blaszany domek rozpadał się razem z kolejnymi moimi próbami zaśnięcia. Gdy wstało słońce, wstałem także ja, a gdy otworzyłem drzwi, kogut wybiegł. Wypoczęci i wyspani postanowiliśmy wspiąć się jeszcze trochę wyżej. Z wysokości 1893 metrów nad poziomem morza można zobaczyć El Boqueron – krater, który ma 1,5 kilometra średnicy i 0,5 kilometra głębokości. Dopiero gdy człowiek stanie w obliczu takiego świadectwa działalności natury, może spróbować uświadomić sobie jej niezrównaną potęgę. Wulkan dostarczył nam wiele wrażeń, ale trzeba było ruszać w dalszą drogę. Już czekała na nas przeprawa przez wielką, zatłoczoną stolicę.
Mimo dużych różnic między poszczególnymi krajami było coś co je łączyło. I to właśnie były stolice i ich charakter. Europejskie wielkie miasta są ośrodkami kultury, nauki, sztuki, rozrywki i turystyki. Stolice Ameryki Centralnej sprowadzają się do wielkich aglomeracji ludzkich i niezliczonych zakładów, fabryk i sklepów. Są nieznośne, nieprzyjazne i nieprawdopodobnie głośne. Rozbrzmiewają okrzykami, klaksonami i silnikami. Pachną spalinami zmieszanymi z tropikalną wilgotnością. Jadąc na rowerze, wpada się w przytłaczający prąd pojazdów. Zapamiętuje się tylko serie obrazów zmieniających się w zastraszającym tempie. Suma mocno obciążonych rowerów i zagęszczenia ruchu ulicznego daje w rezultacie nie lada wyzwanie. Ja do zestawu dodałem jeszcze przebicie dętki. Dopiero daleko na rogatkach można odetchnąć z ulgą i pojechać normalnym, turystycznym rytmem.
Jechaliśmy autostradą panamerykańską przez upał i wilgoć, niewielkie góry, równikowe lasy, małe wioski i kolonialne miasteczka. Mijaliśmy mniej lub bardziej wspaniałe widoki z wulkanami w tle. Zatrzymywaliśmy się na stacjach benzynowych na kawę i w przydrożnych knajpkach na posiłek. W Salwadorze pojawiła się nowa przekąska. Pupusy robi się z dwóch złożonych placków tortilli nadziewanych serem, pastą z czerwonej fasolki i smażonym boczkiem. Danie wprost idealne na nasze regularne rowerowe postoje. Ten rytm, niestety, coraz częściej był przerywany dziurawymi dętkami. Ja „łapię” trzy gumy jednego dnia, a Bartek, choć jeszcze o tym nie wie, rozpoczyna swój długi, mozolny maraton wymiany dętek. Tak minęła droga, licząca 350 kilometrów, z zachodu na wschód Salwadoru. Ostatni nocleg spędziliśmy w klimatyzowanym hotelu przy granicy z Hondurasem.
Zdjęcie (c) Wojciech Siudeja.

