Polski (Poland)English (United Kingdom)
There are no translations available.

Krótka relacja z pierwszego etapu Bike Coffee Treep – ekstremalnej wyprawy rowerowej szlakiem pachnącym kawą, pyłem wulkanicznym i wilgocią tropikalnych lasów równikowych

 

Wyruszyliśmy zgodnie z planem 31 lipca. Najpierw samolotem na trasach Warszawa - Amsterdam, Amsterdam - Panama City, Panama City - Gwatemala City. Rowery dotarły razem z nami na miejsce, większość bagażu też, oprócz jednych sakw (które przez przypadek poleciały do Meksyku). Pierwszy dzień w stolicy Gwatemali spędziliśmy na czekaniu na bagaż i zwiedzaniu miasta. Gwatemala City okazała się wyjątkowo nieturystycznym miejscem. Wielka, brudna, zatłoczona, głośna, pełna wszystkiego i niczego. Jeżdżenie tam rowerem też nie należało do przyjemności, więc czym prędzej wyjechaliśmy ze stolicy i ruszyliśmy w naszą trasę.

Przez starą stolicę Gwatemali - Antigua Gwatemala - dotarliśmy nad malowniczo położone u stop wulkanów jezioro Atitlan. Potem przez wysokie i strome góry południowej i środkowej Gwatemali kierowaliśmy się na północ, aż do jeziora Peten Itza i do potężnego miasta Majów - Tikal. Dalej ruszyliśmy w stronę Belize. Kraj to zdecydowanie nizinny więc odpoczęliśmy trochę po górach Gwatemali. Zaliczyliśmy kąpiel w Morzu Karaibskim, stolicę - Belmopan (w której mieszka zaledwie 16 tysięcy osób) i dojechaliśmy do południowego krańca kraju. Z portu w Punta Gorda przepłynęliśmy łodzią z powrotem do Gwatemali do Puerto Barrios. Zapakowaliśmy rowery do autobusu i przejechaliśmy kawałek do granicy z Salwadorem. Musieliśmy się zdecydować na taki skok ze względu na zmianę trasy, bo moglibyśmy nie zdążyć na czas do Panamy. Pierwotny plan zakładał start w Belize i podróż przez Gwatemalę do Salwadoru. Ze względu na połączenia lotnicze musieliśmy zacząć w Gwatemali i pojechać dużym łukiem do Belize, a stamtąd wrócić autobusem na granicę z Salwadorem. W Salwadorze wróciliśmy w wyższe góry (choć już nie tak wysokie jak w Gwatemali). Wjechaliśmy na trasę Panamerykańską i przejechaliśmy nią przez prawie cały Salwador w tym stolicę San Salwador - równie szaloną, wielką i zatłoczoną jak Gwatemala City. Dla nas i dla naszych obładowanych rowerów to tylko niezbyt przyjemna przeprawa przez miejską dżunglę. Zdecydowanie lepiej jeździ się po drogach oddalonych od dużych miast poprowadzonych przez prawdziwe, bujne i nasycone zielenią dżungle. Przed San Salwadorem zafundowaliśmy sobie jeszcze wjazd na wulkan San Salwador (15 km podjazdu na wysokość 1887 m n. p. m.), z oglądaniem krateru i podziwianiem panoramy stolicy włącznie. Teraz siedzimy w malej miejscowości Santa Rosa de Lima, około 10 km od granicy z Hondurasem. Przekroczenie granicy mamy zaplanowane na jutro. Jesteśmy więc już blisko połowy naszej trasy. Do końca miesiąca powinniśmy już być w Nikaragui. Plan na drugi miesiąc to Nikaragua, potem Kostaryka (wzdłuż wybrzeża Pacyfiku) i Panama. Jeśli starczy czasu spróbujemy przyjrzeć się trochę Kanałowi Panamskiemu. Jeśli chodzi o plantacje kawy to nie jest to taka prosta sprawa. Droga nie jest łatwa, a na rowerze kilometry nie lecą tak szybko jak autem, wiec nie jesteśmy w stanie jechać specjalnie w takie miejsce. Póki co po drodze niestety nie trafiliśmy na kawę. Wszędzie tylko kukurydza i kukurydza. Co oczywiście nie znaczy że jeszcze nie zrealizujemy naszego założenia. W rzeczy samej chcemy to zrobić. Tak wiec wygląda w telegraficznym skrócie pierwsza (niemal) połowa naszej wyprawy. Trzy kraje za nami, cztery przed nami. Na licznikach około 1500 km, wysokie góry i jeziora Gwatemali, miasto Majów, Morze Karaibskie w Belize i wulkany Salwadoru.